Chapter 2

Słysząc gdzieś z oddali kroki, szybko odkluczył drzwi i usiadł na fotelu odwróconym do drzwi tyłem.
*Puk Puk*
-Wejść. - powiedział Maks tak lodowatym głosem, że sam był tym zdziwiony.
-Przyniosłem dla pana wodę oraz naleśniki któe przygotowała Marta.- odpowiedział nieco smutnym głosem Filip.
-Postaw to na biurku i zamknij drzwi wychodząc.- jego głos nadal był beznamiętny
-Tak jest panie. -wykonał polecenie i wyszedł, leciutko zamykając drzwi.
-Cholerna umowa.- jego szept był jak cichy krzyk. Zawierał w sobie złość, smutek i najgorszą ze wszystkiego, bezsilność.
Gdy Maks siedział zastanawiając się co dalej, a jego naleśniki z jagodami i miodem stygły, zadzwonił telefon.
-Maks Kamiński z tej strony, słucham?- starał się zabrzmieć znów ochle, lecz nei lodowato, jak wczesniej.
- Cześć, tu Dafne...- w tym momencie głos kobiety lekko się załamał. -Nadal nei dostałam odpowiedzi na zaproszenie dotyczące obiadu- jej śmiech był gorzki, on wiedział, że ona coś podejrzewa.
- Tak, przyjdę. - Zastanawiał się, czy dobrze robi.
- W takim razie niedziela o 4?- W tle słychać było śmiech Michała i Ofelli.
- Mi pasuję... W takim razie do zobaczenia w niedzielę. 
-Do zobaczenia. -I.. rozłączyła się.
Do niedzieli zostały 3 dni. 
Marta
Zachowanie Maksa nie dawało jej spokoju, wyszedł? On? Tak bez słowa? Ciągle zastanawiała się, co było w tym liście, że zamknął się tam, później ta sytuacja z Filipem. Jej głowa była pełna kłębiących się i niedających spokoju myśli.
-Cholera!- przez swoją nieuwagę myjąc naczynia zbiła talerz, którego odłamek wbił jej się w rękę.
W pośpiechu chciała wyjąc odłamek, niestety, rozcinając przy tym dłoń jeszcze bardziej.
Gdy sprzątała szkło, nie krwawiącą ręką, z gabinetu wyłonił się Maks.
Widząc jej zakrwawioną rękę, natychmiast podszedł i zapytał
-Boże, Marta, nic Ci nie jest? -W jego głosie słychać było troskę, a w oczach widać strach.
-Tak, nic mi nie jest, zwykłe skaleczenie, ot co. - Kochała go, więc patrząc na jego troskę, lekko się zarumieniła.
- Zaraz przyniosę Ci bandaż i wodę utlenioną. - Powiedział to i zniknął tak szybko jak się pojawił. 
Dziewczynę bardzo ucieszyła ta troska. Marzyła jedynie o tym, by mocną ją przytulił gdy będą siedzieli pod kocem, sącząc herbatę na tarasie.
Gdy ona rozpływała się w marzeniach, Maks wrócił i starał się ją wyrwać z rozmyślań.
-Marta!- w tym momencie już krzyknął. Pomogło, Marta się otrząsnęła. -Co z Tobą? Mówię do Ciebie od dłuższej chwili, a Ty zachowujesz się jakbyś mnie kompletnie nie słyszała.
- A, tak, przepraszam. Mógłbyś powtórzyć...? - Była zażenowana swoim odlotem.
- Pytałem, czy mogłabyś podać mi rękę, żebym mógł ją opatrzeć. A poza tym, chciałem zapytać czy nie poszłabyś ze mną na obiad do mojej przyjaciółki.
- Tak, jasne. - Powiedziała, podając mu dłoń. - A co do obiadu, chętnie, jednak nie wiem jak się ubrać... - To prawie, że mruknęła. Jednak on usłyszał.
-Jeśli chcesz, możemy wybrać się na zakupy, lub po prostu, dam Ci pieniądze i sama coś sobie kupisz. - Uśmiechnął się na myśl, swojego genialnego pomysłu, dzięki któremu, nie będzie musiał jechać do miasta na zakupy.
- Maks, znaczy... Panie, nie trzeba, nie chcę być kłopotem...- Znów na jej twarz wypłynął rumieniec.
-Oh, to żaden kłopot. - Powiedział, kończąc wiązać bandaż.
- Dziękuję!- Krzyknęła, po czym, niewiele myśląc rzuciła mu się na szyję, na co on, odwzajemnił uścisk.
W tym momencie przypomniała mu się Zofia. Jego kochana Zosia. Pamiętał jej długie do pasa, kruczoczarne włosy, pachnące kwiatami. Jej bladą cerę z licznymi piegami, zielone oczy o długich rzęsach. Pamiętał jeszcze, jak zawsze marudziła, na gubiące się zawsze spinki, wsuwki. Pamiętał ich pierwszą randkę gdy zachodziło słońce, on siedzący na kocu, a ona... śmiejąca i tańcząca, cała mokra od wody. Miała wtedy sukienkę do kostek, w piękne różowe kwiatki. Pamiętał wszystko, pierwszy pocałunek, to jak poprosił ją o rękę... To były wspaniałe wspomnienia. No właśnie wspomnienia. Zmarła, bo była w nieodpowiednim miejcu o nieodpowiednim czasie. Była u przyjaciółki, poczuły dym, chciały uciekać. A ten psychopata... zabił wszystkie drzwi deskami. Nie słyszały, za dobrze się bawiły. Wyskoczyły przez okno. Żadna nie przeżyła. Marta mu ją przypominała. Tyle, że była niższa, miała bardziej okrągła twarzy i była mniej wyrafinowana. Gdy wszytko wróćiło, chrząknął i zdjął jej ręce z siebie. Spojrzała na niego i ze smutkiem w oczach odwróciła wzrok.
-Muszę iść- powiedział. I.. wyszedł.

Komentarze

Popularne posty